Na mapie współczesnej muzyki islandzkiej Hafdís Bjarnadóttir jest postacią zjawiskową. To islandzka artystka, która swoją twórczością i kreatywnością wymyka się zdefiniowaniu i zaszufladkowaniu. To postać, która mnie… bardzo intryguje! 

 Zainteresowanych odsyłam do recenzji poprzedniego albumu Islandki zatytułowanego „Sounds of Iceland Íslandshljóð” (2015; recenzja tutaj).

Przyznam szczerze, że u mnie emocje jeszcze nie opadły po dźwiękach, które zaoferowała mi Hafdís Bjarnadóttir na wspomnianym wyżej wydawnictwie, a tu 10 października 2017 roku przychodzi mi poznać jej nowy materiał pod wymownym tytułem „”. Warto nadmienić, iż płyta w fizycznej postaci na nośniku CD ukazała się w limitowanym nakładzie 600 kopii. Projekt jej okładki przygotował Jóhann Ómarsson. Wycinaniem i składaniem kopert na płytę CD zajmowała się Hafdís wraz z rodziną i przyjaciółmi.

Materiał na płytę „” rejestrowany był w latach 2009-2017 między innymi w Reykjavíku, Kopenhadze, Sztokholmie, katedrze Skálholt i wielu innych miejscach. Jego nagrywaniem zajmowali się: Paul Evans (1, 4, 5, 11, 12), Páll Sveinn Guðmundsson (6, 8, 9, 12), Hafdís Bjarnadóttir (1, 2, 4, 6, 7, 10) i Marc Casanovas (3). Album zmiksowany został przez: Hafdís Bjarnadóttir (2, 4, 7, 8, 9, 10), Marc Casanovas (3) i Sigurdóra Guðmundssona w Skonrokk Studios (1, 5, 6, 11, 12), który wykonał także jego mastering.

Kolejną ważną kwestią, o której trudno nie wspomnieć, to mnogość zaproszonych do nagrań instrumentalistów. Na płycie usłyszymy wiele różnorodnych akustycznych brzmień, np. instrumenty perkusyjne, klarnet, wiolonczela, trąbka, saksofon, akordeon, pianino, harfa, wibrafon, skrzypce, flet, fagot, klawesyn, a także gitary elektryczne i bas. Ponadto pojawia się kilku wokalistów i kameralny chór.

Najnowsze wydawnictwo Hafdís Bjarnadóttir to pozycja dla słuchaczy o specyficznym guście. Żeby ją w pełni docenić trzeba kochać dźwięki, mieć bogatą wyobraźnię, otwarte serce i  umysł, a także czas i słuchawki. W pełni ta dźwiękowa przestrzeń może zabrzmieć tylko wtedy, kiedy poświęcimy jej siebie i swoją uwagę. 

Postaram się opisać słowami muzyczną zawartość albumu „”, choć z góry uprzedzam, że nie jest to łatwe. Dlatego, że to dzieło mocno eksperymentalne i alternatywne. Nie do końca może szalone, czy odjechane, ale na pewno nie usłyszycie je w radiu. To muzyka z pogranicza wielu gatunków. Słowa, które najlepiej obrazują charakter tej muzyki, jej niezwykłość, różnorodność i skomplikowanie to m.in. experimental, neoclassical, jazz, avantgarde, noise, ambient, drone, psychedelic, fusion jazz, soundtrack, post rock. W mocno ilustracyjnych kompozycjach pojawiają się również elementy field recordings – odgłosy natury, zwierząt i ludzi. Całość brzmi niezwykle intuicyjnie, ale przede wszystkim mistycznie i transcendentalnie.

To, co stanowi trzon, rdzeń tej ścieżki dźwiękowej, to obłędna, wręcz niesamowita i wyjątkowa atmosfera. Transowa i hipnotyczna. Dużo w niej tajemnicy, mroku, niepokoju i niedopowiedzenia, ale też dużo innych stanów i emocji. Dostajemy od Hafdís Bjarnadóttir sporo intrygujących organicznych elementów i fascynujących dźwięków. Czasem jest minimalistycznie i wówczas przyjemnie otula nas oniryczna wysublimowana aura. Zaś innym razem otrzymujemy gęste, ale selektywnie i solidnie plecione pledy dźwiękowe tworzące soniczne monolity. Jedne fragmenty uderzają nas mocno zarysowanym rytmem i zmienną dynamiką albo surowym muzycznym krajobrazem wypełnionym dysonansami, hałasem i szumem. Znowuż kiedy indziej płyniemy na progresywnych falach podążając w nieznanym nam kierunku, i dopiero za kolejnymi zakrętami naszym oczom ukazuje się obraz, który nabiera faktycznego znaczenia i kolorytu. Jednak nie ma się co do niego za bardzo przyzwyczajać, bo już za chwilę może ulec on zupełnemu zniekształceniu. Nierzadko mamy też możliwość zatopić się tutaj w błogich ambientowych pejzażach lub refleksyjnych, oszczędnych dźwiękowo formach. Urzekająco wypadają też neoklasyczne orkiestracje. Uświadczymy też trochę melodii. Ale przede wszystkim ta atmosfera! I te emocje!

Słuchając najnowszego wydawnictwa Hafdís Bjarnadóttir miałem kilka skojarzeń. Po pierwsze jakbym był zawieszony pomiędzy rzeczywistością a wieloma wyimaginowanymi, fantazyjnymi światami. Po drugie miałem też poczucie jakbym przebywał w umyśle schizofrenika z cechami paranoicznymi –  przez mnogość zmian nastroju, a także wspomniane uczucie niepokoju, zagubienia, niedopowiedzenia oraz towarzyszące temu mroczności. Ale podkreślam, to tylko moja wyobraźnia i moje odczucia, które pewnie nawet w najmniejszym stopniu nie oddają klimatu „”.

To kolejne ważne dzieło Hafdís Bjarnadóttir – do wielokrotnego słuchania. Nie byle ciekawostka, czy zwykła zabawa dźwiękami, ale rodzaj sztuki, artystycznego geniuszu. Słychać, że Islandka świetnie zna i rozumie historię muzyki oraz protoplastów minimalizmu i eksperymentowania z klasyczną formą muzyki. Polecam album „” odważnym, niebojącym się ambitnej muzyki. Cóż za spektakl! Kurtyna, oklaski!

 

Hafdís Bjarnadóttir :: Já

1. Já / Yes 03:24
2. Breiðholt-Nørrebro 01:41
3. Hikk! / Hic! 04:06
4. Freyjugata 00:16
5. Á ferð / In Motion 03:01
6. Mánudans / Mo(o)ndance 05:00
7. Hundur / Dog 00:22
8. Krónan / ISK 10:08
9. Flókið líf / It’s Complicated 01:23
10. Kríur og raddir / Terns and Voices 00:17
11. Moltukisi / Compost Cat 05:07
12. Tunglsjúkar nætur / Lunatic Nights 07:28

 

 

Hafdís Bjarnadóttir : website / facebook / bandcamp

Hafdís Bjarnadóttir :: Já (recenzja)
5.0Wynik ogólny
Ocena czytelników 2 Głosów