Słynny islandzki zespół Hjaltalin po 7 latach „milczenia” wydał nowy album.

Dotychczasowa dyskografia zespołu Hjaltalin obejmowała trzy albumy studyjne: „Sleepdrunk Seasons”, „Terminal” (2010, recenzja TUTAJ) i „Enter 4” (2013; recenzja TUTAJ); oraz ścieżkę dźwiękową do filmu „Days of Grey” (recenzja TUTAJ).

3 lipca 2020 roku Hjaltalin wydał swój album długogrający zatytułowany „Hjaltalin”. Muzycy przyznają, iż  znajdujące się na płycie kompozycje przeszły tak wiele zmian, aranżacji i miksów, że można je przyrównać do małych rzeźb, powoli formowanych przez lata. Każda z nich jest małym światem, bogatym w detale, ale ładnie się ze sobą komponują, niczym posągi w ogrodzie. Autorzy omawianego wydawnictwa dodają, że wydaje się, iż jest ono zwieńczeniem tego wszystkiego, co mogliśmy usłyszeć w ich dotychczasowej twórczości. W wielu utworach możemy odnaleźć na przykład bogactwo aranżacyjne i melodyczne oraz piękne orkiestracje, które cechowały albumu „Terminal”. Podczas gdy w innych utworach pojawiają się brzmieniowe eksperymenty oraz hipnotyczna i mroczna melancholia płyty „Enter 4”. W kilku momentach można również poczuć indie popową lekkość i przewiewność „Sleepdrunk Seasons”.

Członkowie Hjaltalin przyznają, że ten szeroki wachlarz brzmień jest z pewnością wynikiem bardzo długiego okresu ciąży: siedmiu lat. Siedmiu lat, w trakcie których powstało dziesiątki piosenek, wyrzuconych następnie do kosza. Kiedy pojawiały się niezliczone ilości wahań nastroju i różnorodne konfrontacje. Mówienie, że był to trudny proces, jest rażącym niedopowiedzeniem.

Siedem lat to jednak długo. Mimo ciężkiego i zawiłego przebiegu powstawania najnowszego albumu Hjaltalin, efekt jaki udało się muzykom osiągnąć na nowej płycie jest fenomenalny. Połączenie partytur filmowych z orkiestracjami i neoklasycznymi wątkami oraz wpływami indie rockowymi i chamber popowymi, a także innymi eksperymentalnymi rozwiązaniami i motywami zaowocowało dziełem o wyjątkowej urodzie. Dziełem bogatym nie tylko w cudowne dźwięki, ale również w emocje, słowa i nastroje. Choć brzmienia są tutaj różnorodne to łączy je jedno – charakterystyczna i wyczuwalna islandzka aura, w której zawiera się m.in. szczere emocjonalne zaangażowanie, duża wrażliwość, specyficzny liryzm, natchnienie, epickość i melancholia. Pomimo wielu lat działalności na różnych frontach, muzycy Hjaltalin wciąż zdają się być przejęci i pochłonięci muzyką, którą razem tworzą. Ponadto biorąc pod uwagę bardzo długi czas powstawania płyty „Hjaltalin” oraz jej zawartość szczerze wątpię, czy zespół zawracał sobie głowę potencjałem komercyjnym swojego wydawnictwa.

Chociaż na „Hjaltalin” pojawiają się inspiracje i brzmieniowe ślady odciśnięte na poprzednich albumach Hjaltalin to ich czwarty krążek z pewnością nie jest wtórny, nie polega na odcinaniu kuponów z dotychczasowej twórczości islandzkiej formacji. Wprawdzie muzycy kompilują swoje wcześniejsze doświadczenia, ale nie znaczy to, że zespół sczeznął artystycznie. Najnowsze wydawnictwo pokazuje, że zespół jest od tego bardzo daleko. Album „Hjaltalin” prezentuje wysoki poziom kompozytorski i wyśmienitą jakość brzmieniową. Jak zwykle zjawiskowo wypada w utworach piękny wokal Sigrídur, uzupełniający emocjonalnie głos Högniego i tworzący z nim wspólnie świetny dialog.

Album „Hjaltalin” jest tym wszystkim za co uwielbiamy zespół Hjaltalin. To najlepsze i najbardziej poruszające wydawnictwo Islandczyków. Album urzeka z największą mocą.

 

Hjaltalin :: Hjaltalin

1. Chestmark 03:17
2. Year of the Rose 03:49
3. Baronesse 04:19
4. Destiny’s Curtain Call 03:52
5. Waterfall 04:27
6. Stolen Star 05:13
7. Wolf’s Cry 05:29
8. Love from ’99 04:26
9. Row 04:14
10. Don’t Go Too Far 03:21
11. Needles and Pins 04:27
12. Night Theme 04:46
13. Mad Lady of Lizard Skin 02:05

 

Hjaltalin : website / facebook / bandcamp / spotify

Hjaltalin :: Hjaltalin (recenzja)
5.0Wynik ogólny
Ocena czytelników 1 Głosuj