W przyszłym roku indie popowa grupa Of Monsters and Men święcić będzie 10-lecie swojej działalności. Zwycięzcy islandzkiego konkursu zespołów Músiktilraunir (ang. Battle of the bands) z 2010 roku swoją pracą i muzyką w ciągu dekady osiągnęli sukces i międzynarodową sławę.

Debiutancki album Of Monsters And Men zatytułowany „My head is an animal” (2011; recenzja TUTAJ) pokrył się platyną w wielu krajach (np. Kanada, Niemcy, Nowa Zelandia, Australia, Islandia), a pochodzący z niego przełomowy singiel „Little Talks” stał się ogromnym przebojem. Utwór dotarł chyba w każdy zakątek naszego świata i był nucony przez miliony słuchaczy. Nie można było włączyć radia i go nie słyszeć. Swoją drogą, jako ciekawostkę powiem, że kompozycja ta była pierwszą piosenką islandzkiego zespołu, która przekroczyła 1 miliard odsłuchań na Spotify (w 2017 roku). Pozytywna energia, chwytliwa melodyka i urocze damsko-męskie wokale przysporzyły Of Monsters And Men wielkie grono fanów i zaowocowały dwuletnią trasą koncertową. Efektem rosnącej popularności było m.in. wyróżnienie poprzez zaproszenie zespołu do programu Saturday Night Live. W 2015 roku Of Monsters And Men wydali swój drugi album „Beneath the Skin”, który zebrał generalnie pozytywne opinie i utwierdził pozycję grupy na globalnej scenie muzycznej.

Ogromne zainteresowanie Of Monsters And Men potwierdza fakt ich występów u boku wielkich światowych gwiazd na największych festiwalach muzycznych, m.in. Coachella, Lollapalooza, Firefly. Nie wspomnę już o zdobytych nagrodach muzycznych, artykułach w prestiżowych czasopismach muzycznych oraz pojawianiu się muzyki Islandczyków na wszelakich listach przebojów, w tym także w Billboard Top 200. Nierzadko też ich utwory można usłyszeć na ścieżkach dźwiękowych np. do „Igrzyska Śmierci”, „The Walking Dead” i „Beat Bugs”. Mało tego, członkowie  Of Monsters And Men wystąpili również w epizodzie jednego z odcinków serialu „Gra o Tron”.

Jakby nie było, trzeba stwierdzić, że zespół potrafił namieszać wielu osobom w głowie i sercach, a tym samym odnaleźć swoje miejsce w szerokiej społecznej świadomości. Nie dziwi zatem fakt, że fani Of Monsters And Men od kilku lat z niecierpliwością wypatrywali ich nowego studyjnego wydawnictwo. No i po 4 latach w końcu się doczekali.

Najnowszy album Of Monsters And Men nosi tytuł „Fever Dream” i został wydany 26 lipca 2019 roku przez Republic Records. Współproducentem tego albumu jest Rich Costey (Muse, Vampire Weekend, Chvrches). Wybór tego człowieka przy tworzeniu tej płyt miał być z założenia czymś w rodzaju odejścia dotychczasowego stylu pracy muzyków. Wokalistka Nanna Bryndís Hilmarsdóttir przyznaje wprost, że była już zmęczona komponowaniem piosenek na gitarze akustycznej, i że siłą napędową nowego albumu była ciekawość robienia rzeczy w inny sposób, znajdowania czekać co może na nowo ekscytować artystę. Swoje pięć groszy w tej sprawie dodaje w jednym z wywiadów również wokalista i gitarzysta Ragnar Þórhallsson, który wyjaśnia, że zespół stara się ewoluować, zmienia swoje podejście do pracy nad muzyką oraz jej brzmienie. Uzasadnia to tym, że trwanie w tym samym miejscu i tworzenie wciąż takiej samej muzyki byłoby nudne tak dla samych muzyków, jak i dla słuchaczy. Dlatego przystępując do prac nad nowym krążkiem zespół Of Monsters And Men szukał nowych wpływów pochodzących z odmiennych gatunków muzycznych i czerpiąc inspiracje od różnych artystów. Muzycy powołują się w tym miejscu m.in. na muzykę syntezatorową i elektroniczną lat 80-tych, pop rock lat 90-tych, a nawet na twórczość Phila Collinsa, czy Whitney Houston. Sami przyznacie, że ten rozstrzał stylistyczny jest bardzo szeroki.

Zatem czy Of Monsters And Men odkrywa przed nami nowe muzyczne lądy? Czy płyta „Fever Dream” jest faktycznie dziełem zupełnie innym od poprzednich wydawnictw? I w końcu czy album ten jest lepszy, od tych które islandzki zespół dał nam wcześniej? Na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć poniżej.

Zacznę od tego, że „Fever Dream” jest pewnego rodzaju odpowiedzią zespołu na chaos, który panuje we współczesnym świecie. Dodatkowo rok 2020 to ważna data w historii świata, bo wiąże się z zamknięciem jej kolejnej dekady, co z pewnością sprzyjać będzie wielu różnego rodzaju podsumowaniom w każdej sferze życia. Zbliża się również 10-ty jubileusz działalności Of Monsters And Men, o czym wspominałem na wstępie, który też skłaniać może muzyków do refleksji i artystycznego bilansu. Wszystko to w jakiś łączy sposób się ze sobą i ma odzwierciedlenie już w tytule najnowszej płyty Islandczyków, który odnosi się do stanu w jakim byli podczas jej pisania. Z pewnością był to dla muzyków czas intensywny i kreatywny, wypełniony eksperymentami, poszukiwaniem nowych brzmień, rozwiązań i inspiracji. I to zdecydowanie słychać na „Fever Dream”. Może jeszcze niezbyt dokładnie w promującym krążek singlu „Alligator”, który stanowi pewien wyjątek na tle pozostałej zawartości wydawnictwa i może zmylić oczekiwania słuchaczy co do całości płyty. No ale jednak także w przypadku tej piosenki daje się wyczuć coś innego.

Już poprzedni krążek „Beneath the Skin” (2015) stanowił pewne oddalenie się Of Monsters and Men od brzmień i motywów folkowych na rzecz wprowadzenia do swojej muzyki nowego wachlarza brzmień oraz bardziej elektronicznej produkcji. „Fever Dream” to kolejny krok naprzód, oddalający zdecydowanie bardziej Of Monsters and Men od ich indie folk rockowego debiutu „My Head Is An Animal” (2011) i stanowiący nowy rozdział w ich muzycznej karierze.

Muzycy z Of Monsters and Men odrzucili na bok akustyczne gitary i akordeon oraz wzniosłe partie instrumentów dętych i smyczkowych. Wraz z tym zniknęły gdzieś po drodze czarujące folkowe nuty, a także organiczne i orkiestrowe brzmienia oraz namiętne i patetyczne okrzyki, które momentami wypadały bardzo spektakularnie. Osłabły również dynamiczne i elektryzujące indie rockowe zagrywki (oprócz niewielu drobnych wyjątków, jak chociażby we wspominanym „Alligator”, „Vulture, Vulture”, czy „Wild Roses”), nie mówiąc już o przesterowanych gitarach. Zmianie uległa także praca perkusisty Arnara Hilmarssona, który wcześniej lubował się w żywiołowych, często marszowo – transowych rytmach. Teraz jego partie są bardziej subtelne i wyważone, uzupełnione subtelnie elektronicznymi dodatkami. Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że Of Monsters and Men nigdy nie rościł sobie prawa do bycia zespołem ciężkim i rockowym, więc nie można im mieć tego za złe.  

Można przypuszczać, że albumem „Fever Dream” zespół Of Monsters and Men chce pokazać, że jest czymś więcej niż tylko zespołem indie folk rockowym oferującym nam beztroskie i porywające refreny. Muzycy chcą nam pokazać, że potrafią grać także inaczej.  Na swojej nowej płycie Islandczycy zrezygnowali z dźwiękowego przepychu, brzmień organicznych i „hałasu”. Stają w opozycji wobec zgiełku współczesnego życia, gotowi przyjąć na siebie jego ciężar i go odeprzeć. W dalszą artystyczną podróż zabrali ze sobą charakterystyczną dla siebie wrażliwość, lekkość i przestrzenność oraz umiejętność tworzenia hipnotyzujących melodii. Nanna i Ragnar ponownie serwują nam zachwycające i czarujące damsko-męskie harmonie wokalne. Chociaż można zauważyć, że obecnie wokaliści często pojawiają się także solo.

Jeśli chodzi o obecne brzmienie muzyki Of Monsters and Men to zespół zabiera nas w nieco inne rejony stylistyczne, które mimo wszystko kiedy przyglądamy się dotychczasowej twórczości zespołu, wydają się być wynikiem naturalnej ewolucji grupy. Muzycy wyraźnie zainteresowani są syntetycznymi i elektronicznymi brzmieniami, a także możliwościami współczesnej produkcji, chęcią eksperymentowania i szukania nowych rozwiązań, stąd na „Fever Dream” zagłębiają się przede wszystkim w electro synth popowe brzmienia. Dominują tutaj partie klawiszy, elektroniczne aranżacje oraz kameralne nastroje. Wyeksponowane są dźwięki syntezatorów i fortepianu oraz elementy elektroniki, zaś gitary i perkusja zostały nieco wycofane i wygładzone. Bardziej dopieszczona jest też produkcja tej muzyki, która jest doprawdy elegancka, wręcz lśni i błyszczy. A powabu dodaje jej natchniona i emocjonalna atmosfera spowita melancholijnym ciepłem i pastelowymi barwami. Jej osią, jej punktem centralnym nadal pozostają wokale Nanny i Ragnara, w których doprawdy można się zakochać.

Na „Fever Dream” nie wszystko jest idealne, niemniej jednak jako całość album prezentuje się naprawdę dobrze. Należy przyznać, że Of Monsters and Men oddał w nasze ręce zbiór wyprodukowanych na bardzo wysokim poziomie i z pomysłem, pełnych uroku, zgrabnych piosenek, których słucha się z przyjemnością. I co ważne przemawiają przez nie szczere emocje.

 

Of Monsters and Men :: Fever Dream

1. Alligator 3:04
2. Ahay 2:56
3. Róróró 4:21
4. Waiting for the Snow 3:43
5. Vulture, Vulture 2:56
6. Wild Roses 4:02
7. Stuck in Gravity 4:24
8. Sleepwalker 3:19
9. Wars 3:37
10. Under a Dome 4:33
11. Soothsayer 3:35

 

 

Of Monsters and Men : website / facebook / soundcloud


Of Monsters and Men :: Fever Dream (recenzja)
4.7Wynik ogólny
Ocena czytelników 1 Głosuj