Ólafur Arnalds to multiinstrumentalista oraz producent, którego raczej nie trzeba przedstawiać polskim sympatykom islandzkiej muzyki. Kompozytor jest znany i ceniony na całym świecie, szczególnie za umiejętne łączenie współczesnej muzyki klasycznej z elektroniką. Doprawdy czyni to w sposób niezwykły i zachwycający.

Ten wszechstronny i utalentowany artysta ma na swoim koncie wiele wydawnictw. Wśród studyjnych albumów solowych wymienić należy trzy płyty LP: „Eulogy fo evolution” (2007), „…And They Have Escaped the Weight of Darkness” (2010) i „For Now I Am Winter” (2013), oraz 2 albumy EP: „Variations of Static” (2008) i „Only the Winds” (2013).

Ponadto do innych dokonań Islandczyka, niecodziennych projektów zdecydowanie wartych uwagi, należą takie produkcje jak: „Found Songs” (2009) – kolekcja siedmiu kompozycji, które muzyk komponował przez siedem kolejnych dni i codziennie publikował w internecie jeden utwór; „Living Room Songs” (2011) – drugi projekt polegający na codziennym komponowaniu i publikowaniu utworów przez cały tydzień w internecie; „Island Songs” (2016) – kolejny projekt oparty na tym samym co poprzedni, z tym, że do nagrania każdej piosenki muzyk zapraszał nowych gości – wokalistów bądź instrumentalistów (recenzję tej płyty znajdziecie TUTAJ).

Wśród innych albumów Ólafur Arnalds, obok których nie można przejść obojętnie należą ciekawe kolaboracje: „Dyad 1909” (2009) – ścieżka dźwiękowa do baletu powstała we współpracy z Barði Jóhannson (Bang Gang);  „Stare” (2012), „Loon” (2015) i „Collaborative Works” (2015; recenzja tutaj) – albumy z muzyką skomponowaną wspólnie z Nilsem Frahmem; „The Chopin Project” (2015) – album nagrany z Alice Sara Ott. 

Dużym uznaniem i popularnością (także w Polsce) cieszy się również elektroniczny projekt Kiasmos, który Ólafur Arnalds współtworzy z Janusem Rasmussenem (Bloodgroup). Duet grający najogólniej mówiąc minimalistyczne experimental techno powstał w 2009 roku i wydał do tej pory jeden album długogrający „Kiasmos” (2014; recenzja tutaj) oraz kilka albumów EP: „Thrown” (2012), „Looped” (2015) oraz „Swept” (2015).

Dodatkowo Ólafur Arnalds zajmuje się również tworzeniem muzyki filmowej. Do najciekawszych (moim zdaniem) ścieżek dźwiękowych należą m.in. „Another Happy Day” (2012), „Gimme Shelter” (2013), „Vonarstræti/Life in a Fishbowl” (2014) i „Broadchurch” (2015).

Natomiast 24 sierpnia 2018 roku na rynku ukazało się najnowsze wydawnictwo Ólafura Arnaldsa. Jest to czwarty regularny longplay w solowej dyskografii Islandczyka. Płyta nosi tytuł „re:member”, a ukazała się nakładem wytwórni Mercury KX. Rejestracją materiału zajmował się Finnur Hákonarson, w kilku miejscach: E7 Studios, Air Lyndhurst Studios i Harpa Concert Hall. Końcowy mastering wykonał Zino Mikorey.

Każdy kto zna dotychczasowe prace Ólafura Arnaldsa łatwo może zauważyć, że w trakcie swojej kariery muzycznej, kompozytor podążał różnymi kierunkami, zawsze skłonny był do eksperymentowania z dźwiękiem i brzmieniem, wyczulony był również na próbowanie czegoś nowego, zarówno w zakresie współpracy z innymi muzykami, jak również śmiałego korzystania ze współczesnej technologii. Tym razem również było podobnie. Muzyka, która znalazła się na albumie „re:member” powstawała przez dwa lata. W tym czasie islandzki kompozytor eksperymentował i doskonalił nową, przełomową technologię opartą o program Stratus. Nad projektem Stratus Pianos, Ólafur współpracował z innym islandzkim kompozytorem i eksperymentatorem Halldórem Eldjárnem. Prace te pozwoliły przeobrazić zwykły fortepian w innowacyjny, niezwykły instrument, który przerósł oczekiwania wszystkich zainteresowanych tym programowaniem. Muzykom udało się stworzyć dwa samogrające, pół-generatywne fortepiany, kontrolowane przez program komputerowy. Polega to mniej więcej na tym, że każdy dźwięk odegrany na głównym fortepianie generuje równocześnie dodatkowe dwa akordy na dwóch pozostałych fortepianach. Na marginesie dodam, że algorytmy generowane przez Stratus przyczyniły się także do powstania okładki tytułowego singla płyty „re:member”. W jaki sposób? Sam nie wiem.

Oczywiście oprócz  Stratus Pianos, który pozwolił Ólafurowi Arnaldsowi stworzyć nieoczekiwane harmonie i zaskakujące sekwencje melodyczne, w brzmieniu najnowszej muzycznej produkcji Islandczyka nie zabrakło akompaniamentu kwartetu smyczkowego, partii fortepianowych i syntezatorowych, elementów elektronicznych i żywej perkusji. Całość muzyki z „re:member” jest instrumentalna. Jedynie we fragmencie utworu „Unfold” pojawiają się wokalizy wykonane przez brytyjskiego wokalistę/producenta SOHN. Ale tan fakt może zaskoczyć tylko tych, którzy znają wyłącznie poprzedni krążek Ólafura For Now I Am Winter(na którym zaśpiewałArnór Dan z Agent Fresco), bo jednak zdecydowana większość produkcji Islandczyka ma formę instrumentalną. I chyba dobrze, że tak się stało, bo gdyby kompozytor poszedł za ciosem komercyjnego sukcesu poprzedniej płyty i znów zaserwował nam wokale w swojej muzyce to miałbym pewne wątpliwości co do tego, czy nie próbuje mi on wcisnąć tego samego produktu tylko w innym opakowaniu. Chociaż i tak bym pewnie to lekko łyknął i cieszył się jak dziecko. Na szczęście tak się nie stało i nie miałem tych dylematów. W tym miejscu chciałbym się podzielić jeszcze jednym drobnym spostrzeżeniem. Generalnie natura człowieka jest taka, że jak ten nakręci dobry film lub nagra dobry album, który odniesie większy sukces, to przy kolejnej produkcji robi się tak, żeby było podobnie, ale żeby wszystkiego było więcej, głośniej, lepiej i jeszcze więcej. I po tym właśnie kochani możemy poznać czym się różni zwykły rzemieślnik od niezwykłego artysty, za którego uważam Ólafura Arnaldsa. Bo tenże artysta przygotował muzykę, które nie wpycha się człowiekowi na kolana na siłę, nie bombarduje nas po włączeniu radia o poranku ani nie mami naszych oczu teledyskami z na wpół nagimi roztańczonymi dziewczynami. Ale ja nie o tym miałem… chciałem tylko powiedzieć, że na płycie „For Now I Am Winter” było zdecydowanie więcej melodyki, muzyka była bardziej chwytliwa (nie tylko przez wokal), o większej ekspresji, z większym rozmachem.

Na tym tle „re:member” prezentuje się nieco inaczej. Ta muzyka jest… bardziej inteligentna i wyrafinowana, przez co przy każdym kolejnym spotkaniu i bliższym poznaniu zyskuje coraz więcej. Jest też bardziej stonowana i spokojniejsza, nie ma w niej aż tak dużych emocjonalnych rozdarć jak miało to miejsce wcześniej. W tej pracy dominuje świadomy umiar i dobrze pojmowana artystyczna dyscyplina. Na pewno ten album wymaga od słuchacza większej uwagi. To muzyka, którą samemu trzeba odkryć, kawałek po kawałku, warstwa po warstwie. Żeby poznać tę muzykę, trzeba w nią najpierw wniknąć i w niej przebywać, by potem móc wzlecieć na jej dźwiękach w górę i stamtąd spojrzeć na nią raz jeszcze. Wtedy dopiero zrozumiemy jej sens. A zapewniam Was, że w najnowszej muzyce Ólafura Arnaldsa jest dużo sensu i logiki, bo nagrania z „re:member” mają szkatułkową formę. Każda z kompozycji ma postać rozważnie i z namysłem zbudowanej konstrukcji, mającej ważny wkład w dany projektu. W każdym utworze pojawia się wiele ciekawych, indywidualnych szczegółów, rytmicznych subtelności, a także wyróżniających je elementów. Precyzyjne aranżacje pozwalają jednak uniknąć wrażenia, iż jest się nimi przytłoczonym. Nie ma tutaj mowy o zbytniej krzykliwości czy sztucznym efekciarstwie. Jest za to doskonały kunszt i kreatywność autora podparta dużą cierpliwością i konsekwencją. Mistrzostwo dotyczy także płynności przenikania się dźwięków akustycznych żywych instrumentów z materią współczesnej technologii i brzmień wygenerowanych komputerowo. Wypada to tak naturalnie, jakby sama przyroda je skomponowała. Jakby każdy utwór został utkany z promieni światła, powietrza i wody.

No, ale wiemy, że w rzeczywistości tak nie jest. Muzycznym kręgosłupem większości kompozycji „re:member” jest fortepian i innowacyjne oprogramowanie Stratus. Choć ich równoprawnym partnerem są instrumenty smyczkowe, ekscytujące ambientowe pejzaże, świetliste mgiełki syntezatorów oraz harmonijne relacje rytmów żywej perkusji (w tej roli rewelacyjny i niezastąpiony Magnús Trygvason Eliassen – m.in. Amiina, ADHD, Moses Hightower, Tilbury i wiele innych) i elektronicznych beatów.

Ólafur Arnalds rozpoczyna swoja płytę pojedynczymi, wręcz intymnymi dźwiękami fortepianu wyłaniającymi się z ciszy i rozchodzącymi się wolno w przestrzeni, by w końcu dyskretnie, z wyczuciem opleść słuchacza i pochłonąć jego zmysły. Dopiero wtedy kompozytor otwiera przed słuchaczem drzwi do „re:member” i przed naszą wyobraźnią otwiera się panoramiczny soniczny krajobraz. Szybko przekonujemy się o emocjonalnej złożoności i dźwiękowym bogactwie tego magicznego świata. Ujmującego pewnym niedopowiedzeniem, poczuciem tęsknoty i nutą melancholii, czy też słodko-gorzkim odcieniem nostalgii. Muzycznego świata czarującego sugestywnością, aurą spokoju i siłą tkwiącą w delikatności. Islandczyk w sposób absolutnie genialny łączy elementy muzyki filmowej i neoklasycznej ze współczesnymi dźwiękami elektroniki oraz dodatkiem efektów ambientowych. To artysta o niezgłębionej wrażliwości i dużym poczuciu estetyki, któremu wyjątkowo bliskie jest piękno.

Każdy dźwięk stworzony przez Ólafura Arnaldsa sięga dalej i dotyka głębiej. Album „re:member” zapewnia niezapomniane wrażenia. Tej kontemplacyjno-refleksyjnej muzyki chciałoby się słuchać w nieskończoność.

 

Ólafur Arnalds :: re:member

01. Re:member
02. Unfold feat. SOHN
03. Saman
04. Brot
05. Inconsist
06. They sink
07. Ypsilon
08. Partial
09. Momentary
10. Undir
11. Ekki hugsa
12. Nyepi

 

 

Ólafur Arnalds : website / facebook


Ólafur Arnalds :: re:member (recenzja)
5.0Wynik ogólny
Ocena czytelników 0 Głosów