Pamiętam mój dobry początek z Sigur Rós.

Ciepłe i słoneczne późne popołudnie 2000 r. Czas spędzony w sklepie muzycznym na poszukiwaniu czegoś nowego. Moją uwagę przykuła okładka ze zdjęciem płodu anioła. Trzymając w ręku płytę niewiele się z niej dowiedziałem, oszczędny i minimalistyczny przekaz treściowy. Napisy w jakimś dziwnym języku, kojarzącym się z norweskim. Nazwa zespołu – Sigur Rós, album – „Ágætis byrjun”. Wszystko to było dla mnie na tyle nietypowe, interesujące i intrygujące, że kupiłem płytę.

Co było dalej? Łzy radości? Wzruszenie? Nieumiejętność pojęcia dźwiękowego piękna? Dotknięcie najgłębszych emocji? Poczucie osiągnięcia absolutu? Czystość? Eteryczność?
Żeby nie przedłużać i nie wyrażać tych wszystkich „ochów/achów” powiem tylko tyle, że pomimo minionych 12 lat, wracam do tego albumu bardzo często, a muzyka z niezmienioną siłą oddziałuje na mnie i moje emocje. „Ágætis byrjun” jest dla mnie jednym z najważniejszych albumów muzycznych. Dodatkowo zainteresowanie Sigur Rós skierowało moją uwagę w stronę islandzkiej sceny muzycznej, jak również samej Islandii, która od tego czasu zajmuje znaczące miejsce w moim sercu.

Obecnie, po czteroletniej przerwie, jaka minęła od wydania w 2008 roku albumu „Með suð í eyrum við spilum endalaust”, zespół powraca z premierowym materiałem, który ukaże się 28 maja na ich szóstym wydawnictwie studyjnym zatytułowanym „Valtari” (ang. „Steamroller”).

Poprzedni studyjny album Sigur RósMeð suð í eyrum við spilum endalaust” spotykał się z różnorodną krytyką i był powodem, przez który wiele osób/fanów kręciło nosami zarzucając, że zespół stał się bardzo komercyjny, że pojawia się utwór śpiewany w języku angielskim itd. Obawiam się, iż „Valtari” również może się spotkać z krytyką, wiele rzeczy zostanie powiedzianych/napisanych, chociaż z nieco innych względów niż wcześniej.

Tytułem wstępu muszę wyjaśnić, że pierwsze przesłuchiwanie albumu zespołu, który dobrze znamy często cechuje się tym, że ogranicza słuchacza na jego pełny odbiór. Wiąże się to z oczekiwaniami. Niemal zawsze mamy jakieś oczekiwania, co do kolejnego albumu danego zespołu, a w związku z tym jesteśmy percepcyjnie ograniczeni, gdyż nasze oczekiwania narzucają nam podczas słuchania pewne ramy, zamykają nas. Wtedy przyjmujemy wszystko to co się w nich mieści, a cała reszta automatycznie jest przez nasz umysł odrzucana. Oczekiwania są pewnego rodzaju filtrem. Wówczas to na co czekaliśmy i znajdujemy w muzyce przyjmujemy za swoje i nam się podoba, a inne kwestie traktujemy jako wrogie, odrzucamy je, bo się nam nie podobają, nie wpisują w oczekiwania. Na szczęście po pierwszym odsłuchaniu albumu, będąc już otwartym można swobodnie oddać się kolejnym odsłuchom i dostrzec dużo więcej niż poprzednio. No, ale wróćmy do tematu.

W ubiegłym roku zespół Sigur Rós wraz ze swoim długoletnim przyjacielem/producentem (partnerem Jonsi’ego) Alexem Somersem, zamknęli się w studiu i rozpoczęli prace nad materiałem na kolejny album. W przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw, proces tworzenia opierał się przede wszystkim na wspólnej pracy w studiu, a nie tak jak to miało miejsce poprzednio, na „jam sessions” w salach prób.

Album „Valtari” dostarcza 54 minuty muzyki zawartej w 8 utworach. W języku angielskim „Valtari” tłumaczy się jako „steamroller”, czyli „walec”. Basista Georg Holm w wywiadach opisuje nowy album jako „przyglądanie się staremu obrazowi z pejzażem”. Natomiast Jónsi powiedział, że muzyka zawarta na „Valtari” jest jak „lawina poruszająca się w zwolnionym tempie”. Moim zdaniem obydwaj panowie mają dużo racji. Dodam jeszcze tylko, że klimatyczną senną okładkę albumu wykonały siostry Jónsi’ego, Lilja i Inga Birgisdóttir, które już wcześniej udzielały się przy sesji fotograficznej Jonsi’ego do jego solowego albumu „Go”.

Słuchając „Valtari” możemy zauważyć, że część utworów z płyty sięga swoimi pierwotnymi korzeniami dawnych czasów. Dla przykładu w “Dauðalogn” i “Varðeldur” unosi się duch sesji z „Takk”, a zarys partii chóralnych pochodzi z 2002 roku, kiedy zespół współpracował z orkiestrą i 16 Choir. Zaś pierwsze wersje “Rembihnútur”, “Fjögur piano” i tytułowego “Valtari” powstały w 2009 w czasie nagrań do “Með suð í eyrum við spilum endalaust”.

Valtari” stanowi spójną płynną całość, chociaż śmiało można go podzielić także na dwie części. Pierwsza obejmująca 5 kolejnych utworów, a druga, w której znajdowałyby się 3 utwory zamieszczone na końcu płyty. Ale o tym dokładniej opowiem później.

Utwory zamieszczone na nowym albumie Sigur Rós cechują się tym, że w większości pozbawione są formalnych struktur. Powiedziałbym, że to bardziej muzyczne formy, plastycznie i sugestywnie budujące atmosferę aniżeli zwykłe piosenki.

Sigur Rós pokazuje się na tym albumie z bardziej eksperymentalnej strony. Muzycy intuicyjnie podążają za dźwiękami, jednocześnie nie pozbawiając muzyki głębi i eterycznej przestrzeni. Elementy eksponowane przez Sigur Rós na wcześniejszych płytach, mam tu na myśli wyraźnie zarysowany muzyczny szkielet w postaci wysuniętej na pierwszy plan linii gitar, perkusji i basu, obecnie są nieco stonowane (chociaż album nie jest ich pozbawiony).

Album „Valtari” określiłbym jako bardzo introwertywny i marzycielski. Nierealny jak sny. Słuchanie tego albumu kojarzy mi się z oglądaniem starych, zniszczonych i nieco rozmazanych polaroidowych zdjęć.

Album otwiera utwór “Ég anda” (“I Breathe”). Rozpoczyna się nuceniem Jonsi’ego i faktycznie jest jak pierwszy oddech, jak nabieranie świeżego powietrza w płuca. Utwór podnosi się powoli i pojawia niczym wschód słońca nad horyzontem. Później wolnym krokiem nadchodzą ciepłe dźwięki basu nadające puls rodzącemu się życiu. Utwór nabiera tempa, pojawiają się dźwięki gitar i perkusja. Z nostalgicznego śpiewu Jonsi’ego przebłyskują lśniące promienie nadziei. Utwór kończy się modulowanym dźwiękiem, kojarzącym się z powolnym przetaczaniem się wrzącej lawy.

Następnie w tle pojawiają się przyjemnie brzmiące trzaski i drżące dźwięki skrzypiec. Delikatny śpiew Jonsi’ego nadaje dodatkowej kruchości i nierealności wykreowanej przestrzeni i ma w sobie coś z kołysanki. To “Ekki múkk” (“Not a Peep”), pierwszy singiel promujący album. Utwór utrzymany jest w całości w sennym klimacie. Zanurzony pod wodą płynie bez rozwinięcia czy kulminacji. Tak poprzedni utwór jak i ten zawierają w sobie brzmienia, które kojarzyć się mogą z solowymi dokonaniami front mana zespołu (szczególnie tych ze ścieżki dźwiękowej do filmu „We bought a zoo”). Utwór zamykają pojedyncze dźwięki pianina na tle trzasków będących jego klamrą.

Wydaje się, iż centralnym nagraniem, stanowiącym istotę albumu jest “Varúð” (“Caution”). Według mnie najlepszy i najpiękniejszy utwór na całej płycie. Zaczyna się od partii pianina, pojedynczych dźwięków rozbijających się o taflę wody jak krople deszczu. W kolejności uzupełnia je sekcja smyczkowa i piękna linia wokalna. Głos Jonsi’ego brzmi tutaj anielsko. W drugiej minucie utworu pojawiają się szarpane niepokojące dźwięki strun skrzypiec i rozmyte dźwięki gitar. Porywająca sekcja smyczkowa wywołuje uczucie wzruszenia. Cudowności dodaje zachwycająco brzmiący chór, który pojawia się w połowie utworu. Budowane przez zespół kaskadami narastające napięcie wybucha, a eksplozja dźwięków i gitar porywa słuchacza w emocjonalną głębię. To centralne nagranie brzmi naprawdę potężnie i majestatycznie.

Na początku “Rembihnútur” (“Double Knot”) znów pojawia się modulowany dźwięk, jak z łodzi podwodnej. Przez pierwsze 2 i pół minuty utwór opiera się głównie na subtelnej partii pianina oraz cichej wokalizy, kolejno uzupełniany basem i smykami. Możemy poczuć się faktycznie jakbyśmy podróżowali po dnie oceanu na pokładzie okrętu. Dopiero później utwór nabiera tempa, a głos Jonsi’ego wysuwa się na pierwszy plan. Nagranie to składa się z wielu gęsto nałożonych na siebie dźwięków, warstw trudnych do wychwycenia za pierwszym razem.

Dzięki “Dauðalogn” (“Dead Calm”) nadal możemy mieć uczucie zanurzenia, poruszania się w toni w zwolnionym tempie. Powraca śpiew chóru, nostalgiczny na tle rozmazanego tła dźwięków. W drugiej minucie Jonsi porywa nasze serce wyśpiewując swoją smutną opowieść. Zespół tym utworem udowadnia swój szacunek do ciszy oraz pokazuje jak umiejętnie z nią obcuje. Zespół potrafi poruszać się w ciszy. Ich muzyka jej nie rozszarpuje, nie zaburza jej harmonii ani konstrukcji. Ta muzyka uzupełnia ją w naturalny sposób, wypełnia ją. Cisza i dźwięk tworzą w przypadku Sigur Rós symbiozę. Idąc dalej tą ścieżką myślenia można powiedzieć, że tworzą nawet endosymbiozę, gdzie czasem cisza żyje w dźwiękach, a kiedy indziej dźwięki żyją w ciszy.

Następne trzy utwory to jakby druga odsłona albumu, ponieważ składa się ona z instrumentalnych form bez wyraźnej melodii, które ja określam muzyką tła (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Dźwięki zawierające się w tych nagraniach zamykających album wypełniają przestrzeń, otoczenie. Tworzą nastrój i atmosferę melancholii i krzepiącej błogości zachęcającej do refleksji. Te dźwięki są niczym muśnięcia, delikatne otarcia piórem. Nieuchwytne i niedotykalne.

Varðeldur” (“Campfire”) zaczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym poprzednie nagranie się skończyło. Jest kontynuacją motywu, na którym wygrywane są pojedyncze dźwięki pianina. Jest to utwór instrumentalny z daleko w tle schowanymi, ledwo słyszalnymi wokalizami. Ta forma zachwyca swoją oszczędną elegancją.

Tytułowy “Valtari” (“Roller”) to następna subtelna, delikatnie dryfująca, bezkształtna forma. Po około 2 i pół minutach nagrania pojawiają się pojedyncze dźwięki kojarzące się jakby były odgrywane na soplach lodu lub zamarzniętych cymbałkach. Leniwe dźwięki ładnie komponują się ze słonecznym późnym popołudniem.

Zamykający album “Fjögur píanó” (“Four piano“) to minimalistyczne nagranie, które jak sam tytuł sugeruje, oparte zostało głównie na partii pianina. Dopiero po 4 minucie pojawia się sekcja smyczkowa, która miękko wypełnia przestrzeń.

Album „Valtari” niewątpliwie zawiera muzykę, która ukazuje rzeczywistość w zwolnionym tempie, nie śpieszy się. Posiada jednak w sobie siłę i moc, podobnie jak wolno i spokojnie toczący się walec lub spływająca rozgrzana lawa.

Sigur Rós udowadnia, że nadal jest w stanie przekazać głębokie, skomplikowane emocje za pomocą swoich magicznych, eterycznych dźwięków.

 

 

 

Sigur Rós :: Valtari:
1. Ég anda (6:15) (“I Breathe”)
2. Ekki múkk (7:44) (“Not a Peep”)
3. Varúð (6:37) (“Caution”)
4. Rembihnútur (5:05) (“Double Knot”)
5. Dauðalogn (6:36) (“Dead Calm”)
6. Varðeldur (6:00) (“Campfire”)
7. Valtari (8:18) (“Roller”)
8. Fjögur píanó (7:50) (“Four piano“)

 

 

 

Sigur Rós : website / facebook / soundcloud

Sigur Rós :: Valtari (recenzja)
4.7Wynik ogólny
Ocena czytelników 1 Głosuj