Zespół Toymachine powstał na północy Islandii w Akureyri jesienią 1996 roku. Z tym, że początkowo nosił nazwę Gimp. Dopiero w 1998 roku zaczął funkcjonować jako Toymachine. Wprawdzie zespół nie funkcjonował zbyt długo, niemniej jednak zajmuje on na tyle istotne miejsce w historii muzyki islandzkiej, że nie sposób o nim nie wspomnieć na naszym portalu. 

W skład zespołu Toymachine wchodzą:

Atli Hergeirsson – bas
Baldvin Zophoníasson (obecnie znany jako reżyser Baldvin Z) – perkusja
Jenni (Jens Ólafsson z Brain Police) – wokal
Kristján Elí Örnólfsson – gitary
Árni Elliott Swinford – DJ / chórki (1999-2001)

Na przełomie lat 1998/1999 Toymachine mieli już sporo własnych utworów, kilka z nich nagranych również w wersji demo. Panowie nastawiali się na nagranie swojego debiutanckiego albumu. Historia grupy nabrała rozpędu w marcu 1999 roku, kiedy ówczesny menadżer pomógł Toymachine zagrać (w gronie kilku innych kapel, m.in. Dead Sea Apple oraz Carpet (późniejszy Lights on the Highway) specjalny koncert w „Sjallinn” w Akureyri, na który zostało zaproszonych (m.in. przez agentów Icelandair) wielu przedstawicieli największych amerykańskich wytwórni płytowych. Dodam, że ta koncertowa inicjatywa stanowiła podwaliny pod późniejszy Iceland Airwaves. Zresztą tego samego roku, w październiku, Toymachine wystąpili również w pierwszej edycji festiwalu Islandii Airwaves, który odbywał się w Reykjaviku.

W wyniku dobrego przyjęcia występu Toymachine z marca 1999 roku oraz zainteresowania ich muzyką, w listopadzie tego samego roku zespół został zaproszony przez amerykańską wytwórnię ASCAP do Nowego Jorku i zagrania w legendarnym klubie CBGB dla wielu największych wytwórni płytowych. Muzycy wybrali się do Stanów Zjednoczonych, żeby spróbować tam swojego szczęścia, jednak z uwagi na problemy, które pojawiły się wewnątrz grupy sprawy potoczyły się niezgodnie z oczekiwaniami. W efekcie tego w 2001 roku zespół zrezygnował z dalszej działalności.

Chociaż w tamtym czasie zespołowi nie udało się wydać własnego albumu to jednak pozostawili po sobie pewne ślady. Na przykład dwie ich kompozycje zostały umieszczone na kompilacyjnym albumie MSK (1999), a utwór „Be Like Me” można usłyszeć w islandzkim filmie „Óskabörn þjóðarinnar” (Plan B) w reżyserii Jóhanna Sigmarssona z 2000 roku. Ponadto w tym samym roku Toymachine został nominowana do islandzkiej nagrody  Icelandic Music Awards w kategorii najjaśniejsza nadzieja.

Do ponownego zejścia się muzyków Toymachine doszło w 2015 roku, kiedy zespół zagrał koncert w Akureyri. Później panowie spotykali się i grali przy okazji różnych imprez okolicznościowych. Natomiast w 2018 roku zespół wystąpił podczas jubileuszowej edycji Iceland Airwaves. Wówczas panowie odnaleźli iskrę, która zainicjowała powstanie ich kapeli.  To wtedy podjęli decyzję, że muszą w końcu nagrać debiutancki album Toymachine, bo myśl o tym pomimo upływu tylu lat wciąż nie daje im spokoju.

W sierpniu 2020 roku, po wcześniejszej kilkunastogodzinnej próbie, muzycy Toymachine weszli do studia Hljodverk i tam w trakcie sześciu dni pod okiem Einara Vilberga (Noise), zarejestrowali swój materiał. Od razu muszę podkreślić, że produkcja albumu jest znakomita – wszystko brzmi tu odpowiednio ostro i selektywnie, miks sprawia, że album stanowi zwartą całość. No, ale akurat ten producent wie doskonale, jak powinien brzmieć ciężki rock oparty na gitarowych riffach i wyrazistych wokalach.

W końcu po 20 latach doszło do zrealizowania marzenia Toymachine i wydania debiutanckiego albumu zatytułowanego „Royal Inbreed”. Album miał swoją premierę 4 grudnia 2020 roku, ale wówczas ukazał się jedynie na płycie winylowej. Natomiast na początku 2021 roku pojawi się również w wersji cyfrowej we wszystkich najważniejszych serwisach streamingowych. Na wydawnictwie znajdziemy w sumie dziesięć kompozycji napisanych przez zespół w latach 1998-2001. Dodam, że pieniądze na nagranie płyty muzycy zebrali na crowdfundingowej karolinafund.com.

Przyznam szczerze, że za każdym razem jak słucham płyty „Royal Inbreed” i przypominam sobie, że mogła się ona ukazać 20 lat temu to… aż łezka mi się kręci w oku z sentymentu. Teraz powoli będę wyjaśniał dlaczego. Otóż przede wszystkim islandzcy muzycy bardzo dobrze odrobili lekcje ze światowego ciężkiego grania końca lat 90-tych i początku lat 2000. Pozostawali pod wpływem ambitnej gitarowej muzyki i potrafili umiejętnie czerpać z niej inspiracje. Ponadto byli w posiadaniu wyjątkowego daru – niezwykłej wyobraźni i wrażliwości muzycznej oraz nieprzeciętnego talentu, który umożliwił im stworzenie własnego brzmienia i unikalnego stylu, przemyślanego i dopracowanego pod każdym względem. Równocześnie z pewnym ukłonem w stronę takich grup jak Soundgarden, Alice In Chains, Korn, System of a Down, Primus, Faith No More i Deftones.  

Muzyka Toymachine nawet dziś robi ogromne wrażenie i jest w stanie przyciągnąć uwagę słuchacza. Stąd zgaduję, że dwie dekady temu zespół mógł się stać „islandzką gwiazdą eksportową”.

Brzmienie debiutanckiego krążka Toymachine to fuzja ostrego rocka, grunge’u, alternatywnego metalu, nu metalu i core’a oraz wielu innych różnych stylistyk. To podstawa, fundament „Royal Inbreed”. Na nim panowie budują bardziej finezyjne konstrukcje. Różnorodne elementy tej muzycznej układanki łączą się nad wyraz zgrabnie i pomysłowo. W efekcie otrzymujemy skomplikowane, intrygujące i niejednoznaczne kompozycje. Brudne, przesterowane, dynamiczne, połamane rytmicznie i zawsze ujmująco melodyjne. Na albumie królują przesterowane gitary, ciężkie i wyraziste partie gitarowe, jak również zapadające w pamięć riffy. Kolejnym elementem charakterystycznym są tutaj świetne pulsujące basowe pochody oraz masywne i soczyste basowe pajączki. Uwagę przykuwa także twardo osadzona w muzyce gra perkusji stanowiąca nierzadko coś więcej niż tylko zarys poszczególnych kompozycji. Nad tym zwalistym brzmieniem unosi się genialny głos Jenni’ego. Facet jest nietuzinkowym wokalistą, który potrafi zaśpiewać wszystko i to na wiele różnych sposobów. Jego wokal posiada niesamowity potencjał, jest w stanie wyrazić każdą emocję. Wokalista zachwyca czystym, przeszywającym i melodycznym śpiewem. Równocześnie z łatwością i zupełnie swobodnie jest w stanie sprawić by jego głos nabrał niewyobrażalnej siły, wściekłości i dynamiką, która przyprawi słuchacza o ciarki. Tak, z pewnością nieobcy jest Jenni’emu ostry i zbrutalizowany wokal, krzyk, wrzask, etc. Jego gardło wręcz wydaje się być do tego stworzone, i wokalista śmiało z tego korzysta. Zróżnicowanie w zakresie ekspresji wokalnej jest tutaj naprawdę duże.

Wydanie przez Toymachine debiutanckiego krążka jest z pewnością z różnych względów znaczącym wydarzeniem na islandzkim rynku muzycznym. Pozostawiając jednak na boku wszystkie sentymenty, to i tak szczerze trzeba przyznać, że „Royal Inbreed” to kawał świetnie napisanego i zagranego alternatywnego rock/metalu. Cały album jest niezwykle równy, wszystkie kompozycje są dopracowane i trzymają taki sam wysoki poziom. Ich praca jest efektywna, inteligentna i zachwycająca. Islandzka kapela gra wyśmienicie, daje z siebie wszystko i jednocześnie pracuje ze znakomitym feelingiem. No i co najważniejsze Toymachine nie brakuje charakteru i dobrze pojmowanej przebojowości. Panowie udowadniają, że ich zespół jest jednym z najciekawszych i najważniejszych islandzkich zespołów grających ciężką, gitarową muzykę.

 

 

Toymachine :: Royal Inbreed

1. Toy machine
2. Royal inbreed
3. They don’t like us
4. Untitled
5. Powder
6. I don’t care
7. Sellout
8. Suicide hotline
9. Harley
10. Bitter III

 

 

Toymachine : facebook / spotify

Toymachine :: Royal Inbreed (recenzja)
5.0Wynik ogólny
Ocena czytelników 0 Głosów