Otwarcie powiem, że miałem w tym roku nie pisać podsumowania dotyczącego muzyki islandzkiej 2019. Dlaczego? Powód jest prosty. Mam z tym po prostu coraz większy problem. Z roku na rok w jakiś niewyjaśniony, magiczny sposób przybywa na Islandii artystów i zespołów, a tym samym przybywa również wydawnictw muzycznych. Islandzka scena muzyczna rozwija się w niezwykle szybkim tempie i jest na radarze mediów na całym świecie. Powiedzmy sobie otwarcie – muzyka islandzka to bardzo cenny towar eksportowy Islandii, dlatego iż jest to materiał niezwykle poszukiwany i ceniony na światowym rynku.

Islandzkich wydawnictw muzycznych jest coraz więcej. W obliczu tego moja rzeczywistość zaczyna pękać. Rosnąca liczba albumów islandzkich sprawia, że mój umysł owładnięty przymusem ciągłego poszukiwania i poznawania islandzkiej muzyki podejmuje codziennie gigantyczny wysiłek i z wyczerpania po prostu się rozpada. Czuję się bezradny wobec moich natręctw i mojej osobliwej kompulsywności. Dręczą mnie nieustanne wątpliwości i pytania odnośnie tego czy na przykład właśnie dziś miała miejsce premiera jakiejś płyty albo który album został mi do opisania. Wyraźnie zakłóca to moje codzienne funkcjonowanie. Męczy mnie samoistne zapamiętywanie nieistotnych szczegółów muzycznych, których nie mogę pozbyć się z głowy. Pomimo, iż mam świadomość o nonsensowności tego wszystkiego, próby sprzeciwiania się temu są zwyczajnie nieskuteczne. A katastrofa wisi w powietrzu. Myślicie, że żartuję?

W ubiegłym roku na portalu znalazło się 130 recenzji albumów. W tym roku opublikowałem 150 recenzji muzycznych wydawnictw. Słowo klucz to ‘opublikowałem’, bo spora część trafiła też do szuflady. A zaznaczam, że staram się pisać „jedynie” o tych płytach, które mi się podobają. Przecież w tak ogromnym nawale islandzkich wydawnictw, nie da się napisać o wszystkich. Zwyczajnie nie ma na to czasu. Energii pewnie też by brakło.   

Dla kogoś, kto systematycznie odwiedza nasz portal, będzie oczywiste, że islandzkich wydawnictw godnych uwagi, ocenionych przeze mnie bardzo wysoko, jest dużo. Ten rok obfitował w wiele wyjątkowych muzycznych momentów i pozostawił po sobie dużo emocji. Dlatego podjąłem decyzję, że tegoroczne podsumowanie muzyki z Islandii opublikuję w dwóch częściach. Pierwsza z nich nosi podtytuł ‘Light’, a druga ‘Dark’. Chyba nie muszę nikomu wyjaśniać zasad tej gry.

Po pierwsze poniższa lista jest subiektywna, a po drugie stanowi tylko fragment muzyki islandzkiej Anno Domini 2019. Zamieściłem na niej 20 albumów ułożonych chronologicznie –  zgodnie z datą ich premiery. Oto islandzkie albumy, które w tym roku skradły moje serce.

 

Myrra Rós :: Thought Spun (18.01.2019)

Każde kolejne wydawnictwo artystki wzrusza i porusza coraz bardziej, pokazując nam niezwykły talent islandzkiej singer-songwriterki. Islandka ponownie zabiera nas ona do świata rozmarzonych i onirycznych dźwięków, umiejętnie łącząc elementy dream popu z indie folkiem i post rockiem. Proponuje nam muzyczną podróż po krainie piękna, w której króluje przestrzeń, duchowość i emocje. Stonowana, melancholijna muzyka zrealizowana w dość minimalistycznym stylu, acz z pewnymi wspaniałymi uniesieniami i zrywami, jest tłem dla eterycznego i emocjonalnego głosu wokalistki oraz warstwy lirycznej, która w swojej zawartości opisuje życie i głębokie uczucia. Artystka emanuje wewnętrznym pięknem. Czaruje wrażliwością, delikatnością i kobiecością. Potrafi chwycić za serce. To coś cudownego, co zaspokoi każde czułe serce i zagubioną duszę. >>REVIEW<<

 
Júníus Meyvant :: Across the Borders (25.01.2019) /  Rearview Paradise EP (09.08.2019)

Jeden z najbardziej oryginalnych i wyrazistych islandzkich singer-songwriterów w tym roku wydał aż dwa wydawnictwa, longplay i mini album, które wspaniale się uzupełniają. Artysta umiejętnie łączy w swojej twórczości klimat amerykańskiego południa ze skandynawską wrażliwością i ciepłą melancholią. Jego sugestywne opowieści rozgrywają się w niezwykle plastycznej i hipnotyzującej atmosferze. Najwięcej tutaj nawiązań do americany, soulu, bluesa i folku. Bogate, zręczne i naturalne aranżacje nasycone są zachwycającymi, miękkimi retro brzmieniami i urokliwymi melodiami, które wywołują nutę sentymentu. Oprócz wykorzystania podstawowego instrumentarium skrzą się akompaniamentem analogowych organ, pianina, czarujących smyków i podniosłych dęciaków. Całość uzupełniona jest niesamowitym, stylowym, rozmarzonym śpiewem i charakterystyczną chrypką w głosie wokalisty. >>LINK, REVIEW<<

 

Vök :: In The Dark” (01.03.2019)

Niech nie zmyli Was tytuł tego wydawnictwa, bo zawartość jego pełna jest ciepłych brzmień, witalności, spokoju i błogości. Zespołowi udało się zachować unikalny charakter swojej dream synth popowej muzyki i wynieść twórczość na jeszcze wyższy poziom. Muzycy w sposób mistrzowski budują sugestywny klimat, w którym elementy współczesnej muzyki elektronicznej mieszają z analogowym retro brzmieniem. A trzeba wiedzieć, że różnorodność ich inspiracji jest powalająca. Szybując nad kompozycjami widzimy w dole płynnie nachodzące na siebie nitki electro pop, synth wave, trip-hop, dream pop, indietronic, shoegaze, ambient, etheral, chillout, r’n’b, soul, i inne poprzetykane pulsującymi bitami. Efekt łączenia się tych dźwiękowych wątków w różne konfiguracje jest wyśmienity. Miód na uszy. Na wyobraźnię też działa idealnie. Zespół odpowiednio nasyca swoją muzyczną przestrzeń eterycznością, subtelnością i rozmarzeniem oraz cudownymi melodiami. Przez to ich brzmienie jest przestrzenne, ma niesamowitą głębię i co ważne uwodzi i hipnotyzuje. >>REVIEW<<

 

Stafrænn Hákon :: Aftur (22.03.2019)

Tym razem zespół postanowił zgłębić się w melodyjny aspekt muzyki, koncentrując się na zharmonizowanych liniach wokalnych i subtelnej, acz dynamicznej instrumentalizacji. Brzmienie płyty cechują wyraźne elektryczne gitary, ciekawe wokale, delikatna atmosfera i akustyczne tekstury budowane przy pomocy harfy i fortepianu. Wydawnictwo można opisać jako magiczną muzyczną podróż przez subtelny klimatyczny świat, w którym uwidacznia się melodyjno-ambientowe podejście do rocka i popu. Islandczycy hipnotyzują nas sunącymi delikatnie, powoli i namiętnie motywami. Czarują nas płynącymi miękko i miarowo uderzeniami perkusji, pastelowymi smugami gitar, które tkają przyjemne senne tło, ciepłym akompaniamentem fortepianu, drgających organ i bajkowo brzmiącymi partiami harfy. Epickie przestrzenie wyłaniają się z nicości, ale zamiast oczekiwanych dramatycznych wybuchów, sonicznych ataków i eksplozji, wypełnione są rozmarzonymi melodiami i zadumanym, lekko nostalgicznym wokalem. >>REVIEW<<

 

Elvar :: Daydreaming (00.04.2019)

Debiutujący na islandzkiej scenie singer-songwriter w swojej twórczości łączy różne style, począwszy od brzmień lat 60-tych (cudowna melodyka przesiąknięta duchem The Beatles), psychodelii (wyczuwalne echa Pink Floyd) i folku (vide Neil Young, Wilco), przez alternatywną muzykę rockową lat 90-tych (David, Bowie, Blur, Oasis, Pulp, Pavement), aż po współczesną scenę indie (The National, The Flaming Lips, Coldplay, Fink). Sprytnie wymyka się prostym szablonom i stylistycznemu zaszufladkowaniu. Na płycie dostajemy bez liku emocjonujących momentów, fantastycznych partii gitar i klawiszy, a także świetnych stylistycznych wolt i niebanalnych rozwiązań aranżacyjnych. Do tego przez cały czas towarzyszy nam wciągający psychodeliczno-rozmarzony klimat oraz ciepły, łagodny i urokliwy głos wokalisty. Jego barwa głosu niesie ukojenie skrywane pod płaszczem nostalgii. Na płycie nie brakuje także atrakcyjnych melodii. >>REVIEW<<

 

Lucy In Blue :: In Flight (12.04.2019)

Islandzki psychedelic prog rockowy kwartet ponownie zabiera nas w niezwykłą sentymentalną podróż do przełomu lat 60-tych i 70-tych. To właśnie w tamtym okresie muzyki rockowej i funkcjonujących wówczas zespołów należy szukać inspiracji Islandczyków, bo w ich retro prog rockowym graniu wyraźnie czuć wpływy progresywne i psychodeliczne oraz fascynacje legendarnymi grupami. Zadziwiające jest to jak ci młodzi muzycy odnajdują się w tej specyficznej estetyce, jak naturalnie wchodzą na tak odległe terytoria i potrafią się w nich bez wysiłku odnaleźć. Nie byłoby to możliwe bez odpowiedniego talentu i miłości do brzmieniowych pejzaży z tamtych lat. Nowy krążek zachwyca swoją dojrzałością, kreatywnością i niepowtarzalną psychodeliczno-nostalgiczno-marzycielską atmosferą. Piękno, nietypowa konwencja estetyczna, koncepcyjność, bogactwo muzyczne, niesamowity klimat – muzycy opanowali sztukę tworzenia muzyki, która promienieje blaskiem dawnych czasów. >>REVIEW<<

 

Marteinn Sindri :: Atlas (16.05.2019)

Artysta wraz ze swoją płytą zabiera nas w wielowymiarową wędrówkę, która rozgrywa się poza czasem, miejscem i przestrzenią. Jest to podróż w sensie fizycznym i rzeczywistym, jak i metafizycznym i duchowym. Wsłuchując się w kompozycje zauważamy ich stylistyczną eklektyczność. Pojawiają się tutaj nawiązania m.in. do muzyki folkowej, rockowej, progresywnej, elektronicznej, neoklasycznej, popowej, jazzu i ambientu. Oprócz dźwięków gitary akustycznej i elektrycznej oraz pianina, które są w centrum tej muzyki, usłyszymy także instrumenty dęte, partie kontrabasu i wiolonczeli, a także syntezatory, perkusję i subtelne elementy elektroniki oraz inne maleńkie cuda, które przyjemnie pieszczą uszy. Artysta korzysta z bogatego wachlarza różnorodnych wpływów i brzmień, które przekłada na swój własny język. Tworzy delikatną i klimatyczną muzykę, czasami nawet baśniową i magiczną, która w sposób magnetyczny przyciąga nas do siebie, chwyta za serce i gardło, i ogrzewa. >>REVIEW<<

 

VAR :: The Never-Ending Year (23.05.2019)

Mówiąc w skrócie to emocjonujący i wzruszający post rock. Płyta wprawdzie nie rewolucjonizuje danego gatunku, ale w ogóle nie przeszkadza to w czerpaniu frajdy z jej słuchania, bo ma ona swój niebywały urok. Praktycznie nad każdym z dziewięciu umieszczonych na płycie utworów można by się rozpływać. Naprawdę można się nimi zachłysnąć, a z każdym przesłuchaniem krążek zyskuje jeszcze bardziej. Subtelnie i piękne rozbudowane melodie oraz epickie klimatyczne przestrzenie wypełnione emocjami przekładające się na niebywale natchnione utwory balansujące między delikatnością i ukojeniem, a głośnym przyśpieszonym biciem serca. Rezultat jest znakomity. Mieszanka dramaturgi, liryzmu i palety brzmień, których tutaj doświadczamy powoduje duży przypływ sympatii dla tego kwartetu. Dodam, że melancholię kompozycji cechuje nie tyle smutek co przyjemne ciepło, któremu towarzyszy uczucie nadziei i wewnętrznego spokoju. Genialnie na tym tle wypada zjawiskowy głos wokalisty. Jego namiętny i rozmarzony śpiew zniewala i całkowicie pochłania nasze zmysły. >REVIEW<<

 

Warmland :: Unison Love (21.06.2019)

To ciekawy duet, który określa swoje brzmienie jako psych-pop. Jest to muzyka mocno syntezatorowa i elektroniczna, wyraźnie nawiązująca do charakterystycznych brzmień lat 70-tych i 80-tych, ale w której śmiało wykorzystuje się także żywą perkusję, bas i gitary. Z jednej strony mamy tutaj zachowany styl vintage, ciepłe i marzycielskie dźwięki kojarzą się z polaroidowymi zdjęciami. Natomiast z drugiej strony projekt brzmi jednak świeżo i intrygująco. Muzycy na tyle umiejętnie tworzą struktury i sugestywny nastrój oraz wciągające melodie swoich kompozycji, że nie tylko łatwo odnajdują one swoje miejsce na współczesnej scenie indie popowej, ale co więcej zapewniają duetowi indywidualną tożsamość i osobowość. Czuć ogrom drobiazgowej pracy, którą należało włożyć w każdą, pojedynczą piosenkę. Kompozycje choć liryczne i utrzymane w słodko-gorzkim melancholijnym tonie, przyjemnie koją swoją aksamitną atmosferą i subtelną estetyką lounge. Efekt ten potęgują dodatkowo jedwabiste linie wokalne, pełne uniesień i romantyczności. >>REVIEW<<

 

PORT :: Canals (26.06.2019)

Muzycy wyjaśniają, że poprzez swoją muzykę starają się oddać poczucie głębokiej alienacji, ucieczki od miasta i zanurzenia w eskapizm. Kompozycje zostały napisane w samotności w sercu wielkiego miasta (Amsterdam). Ich brzmienie jest tajemnicze, mroczne i niebywale transowe. To wynik połączenia alternatywnego rocka, klimatu dark gothic, motywów ambientowych, surowego minimal cold-wave i elementów post metalu. Charakterystyczne są również głębokie, posępne i ponure męskie wokale, do których w pewnych momentach dołącza także kobiecy śpiew. Kompozycje utrzymane są w średnim tempie. Zamiast technicznych sztuczek muzycy stawiają na budowanie hipnotycznej i dusznej atmosfery przesyconej surrealizmem, tajemnicą i tęsknotą z zawieszoną gdzieś nutką smutku. Ale również wzbogaconej o bardzo ciekawą melodykę. Trzeba przyznać, że to wrażliwi melancholicy, którzy idealnie operują nastrojem trzymającym słuchacza w napięciu. >>REVIEW<<

 

Náttfari :: D-sessions (20.08.2019)

Na płycie usłyszymy dużo nawiązań do jazzu, rocka progresywnego, gitarowej alternatywy, shoegaze’u i grunge’u, jak również motywów ambientowych i neoklasycznych. Jednak trzeba mieć na uwadze, że Islandczycy posługują się tymi inspiracjami w sposób bardzo intrygujący. Wspomniane wpływy wzajemnie się przenikają, zmieniają swoje natężenie i kontrast nawet w obrębie jednego utworu. Z jednej strony mamy świdrujące przesterowane gitary, mocno uwypukloną sekcje rytmiczną oraz pełne dramatyzmu i napięcia tony. Tuż obok pojawiają się ciekawe eksperymenty, wykorzystywanie nietypowych mostków i przejść oraz podążanie nietypowym i ścieżkami. I gdzieś w tym wszystkim jest jeszcze miejsce na wystawienie galerii delikatnych i subtelnych dźwięków, które pozwalają oderwać się od rzeczywistości i zatopić w odrealnioną przestrzeń. Zmieniają się także tempa i nastroje, a w tle majaczą filmowe obrazy. Dlatego jednoznaczna klasyfikacja poszczególnych kompozycji okazuje się niemożliwa. Ale bez obawy, w świetle tego co powiedziałem na temat różnorodnych rzeczy rozgrywających się na tym krążku, można się jednak w niego wgryźć bez żadnego trudu, a do tego z dużą przyjemnością. >>REVIEW<<

 

Hugar :: Varða (23.08.2019)

Instrumentalny duet nagrał album wypełniony ambientową przestrzenią, neoklasycznymi orkiestracjami i atmosferycznym post rockiem. Cały materiał utrzymany jest na wysokim i równym poziomie, zarówno jeśli chodzi o wykonanie, jak i samą produkcję albumu. Muzyka jest niesamowicie bogata w emocje i piękne dźwięki. To świetna ścieżka dźwiękowa snuta przez perfekcyjnych w każdym calu Islandczyków za pomocą nastrojowych partii fortepianu, lirycznych smyków i podniosłych instrumentów dętych, przestrzennych elektrycznych gitar i żywej perkusji oraz subtelnej elektroniki. Dużym atutem tego wydawnictwa jest również jego eteryczna atmosfera. Są tu fragmenty bardzo intymne, delikatne i kojące, pełne wrażliwości i melancholii, mogące wzruszyć do łez. Są też momenty zawierające więcej mocniejszych i dynamicznych rozwiązań, które robią wrażenie monumentalnych, wielkich i niesamowitych przestrzeni. Płyta przemyślana jest pod względem dramaturgicznym, dlatego minimalistyczne ekspresje, jak i imponujące panoramiczne pejzaże dźwiękowe układają się płynnie w jedną, harmonijną i niepowtarzalną całość. >>REVIEW<<

 

Gabríel Ólafs :: Absent Mind (30.08.2019)

Trzeba przyznać, że dany album to przystań dla wrażliwych dusz. Kompozytorski talent artysty polega na budowaniu przepięknych struktur na bazie partii fortepianu, smyków i dyskretnych ambientowych smug. Mamy tutaj do czynienia z muzyką całkowicie instrumentalną, ale niebywale ilustracyjną i emocjonalną, której ścieżki wiją się wśród wpływów neoklasycznych, muzyki minimalistycznej i filmowej oraz wspomnianego ambientu. Poszczególne kompozycje danego albumu nasączone są niezwykłą wrażliwością, emocjami i nastrojem refleksji. To bardzo osobista, wręcz intymna muzyka. Subtelna i delikatna. Wręcz zmusza do zatrzymania się i zadumy. Wystarczy ją włączyć, zamknąć oczy i już pod powiekami wyświetla się zestaw wspomnień. >>REVIEW<<

 

Mr. Silla :: Hands on Hands (27.09.2019)

Kompozytorka przygotowała nam starannie zaaranżowane kompozycje, z pięknymi wielogłosami i urzekającym klimatem. Cechą charakterystyczną nowego albumu jest jego eteryczne i subtelne brzmienie, które równocześnie zachwyca ogromną kosmiczną przestrzenią i sentymentalną atmosferą. Choć melodie bywają melancholijne to nie napawają smutkiem. Dużo w nich świeżości, ciepła i lekkości. To intymne i zmysłowe ballady o ciepłym, głębokim brzmieniu, które są jak ulotne piękno. Moc wzruszeń i uniesień. Takie piosenki się nie zapomina. Album rozkwita bogactwem wszystkich atutów artystki – popowego zmysłu, elektronicznej ekwilibrystyki i unikatowej barwy głosu samej wokalistki. Jej delikatny, pieszczotliwy i ponętny wokal nie pozbawiony jest siły wyrazu, wprowadza głębię w muzykę. Jak nikt inny Islandka potrafi przyciągnąć słuchacza, nie pozwalając mu zapomnieć, że jej muzyka jest sztuką. >>REVIEW<<

 

rauður :: Semilunar (11.10.2019)

Islandzki projekt otwiera przed nami drzwi do fascynującego świata mantrycznych melodii wzbogaconych elektroniką. To piękne i hipnotyzujące dzieło, kierujące nas ku głębokiej tajemnicy. Zjawiskowa muzyka, która sprawia, że słuchając jej mamy oczy wypełnione gwiazdami. Eteryczne harmonijne struktury przepełnione są skandynawską melancholią. Muzyka łączą się tutaj w ciągły strumień, w którym trudno wyodrębnić poszczególne nurty. Dominuje tutaj zimna i tajemnicza elektronika, ambienty, drony, elementy industrialne, długie, wybrzmiewające nieprzerwanie akordy synth wave i nawiązania do electro synth popu. Co razem daje imponujące efekty. W dodatku wokalistka w przemyślany i świadomy sposób operuje swoim delikatnym, anielskim głosem. Jej wokal hipnotyzuje i oczarowuje. Bogactwo szczegółów składa się na liryczny i mistyczny pejzaż o wyraźnie onirycznym zabarwieniu. >>REVIEW<<

 

Jónsi & Alex Somers :: Lost and Found (11.10.2019)

Ambientowa muzyka duetu zawieszona jest w delikatnej i nierealnej przestrzeni. Słucha się jej jak ścieżki dźwiękowej do duchowej podróży prowadzącej nas przez podwodne krainy i baśniowe lasy, aż do dalekich przestworzy. Jest jak dźwiękowy zapis pięknego snu lub ciepłych wspomnień z dzieciństwa, które tak naprawdę tylko my znamy i czujemy, do których tylko my mamy pełny dostęp. Eteryczny i nastrojowy ambient duetu ma charakter wręcz transcendentalny, dotykający boskości. Muzyka duetu osadzona jest bardzo ciepłym i unikatowym brzmieniu vintage. Przy okazji jest ono organiczne, swobodne i niewymuszone. Dużo w niej akustycznych dźwięków przefiltrowanych przez taśmowe echa i modulacje. Dużo też różnego rodzaju migoczących szumów, szelestów, cichych, winylowych trzasków i analogowych syntezatorów oraz spogłosowanych klawiszy, w których czuć wszystkie zmiany wysokości tonów i ich czułe kołysanie. Pojawiają się też subtelne nagrania terenowe i odgłosy natury. Blasku dodają im partie instrumentów smyczkowych i anielsko brzmiący chór. Całość jest niezwykle drobiazgowa, wykonana misternie, z niebywałym wyczuciem. >>REVIEW<<

 

Halldór Eldjárn :: Poco Apollo (18.10.2019)

Zawartość albumu stanowią fragmenty wygenerowanych przez program komputerowy ścieżek dźwiękowych, do których artysta napisał dodatkowe aranżacje na instrumenty smyczkowe, perkusję i syntezatory. W efekcie powstała niepowtarzalna ścieżka dźwiękowa będąca wynikiem współpracy komputera z człowiekiem, sztucznej inteligencji z ludzkimi emocjami. Fascynujące faktury, sensualne harmonie i czarujące melodie płynnie poruszające się pomiędzy ambientem, minimalem, muzyką filmową, eksperymentalną i motywami post klasycznymi, sugestywnie wyrażają istotę piękna natury, świata, księżyca i kosmosu. Żeby w pełni docenić potęgę i głębię tej muzyki proponuję słuchać jej ze słuchawkami na uszach. Słowa, które najcelniej oddają charakter muzyki z tego krążka to hipnotyczna, doskonała i piękna. >>REVIEW<<

 

Epic Rain :: All Things Turn To Rust (31.10.2019)

Można by rzec, że elektryzujący i intrygujący islandzki projekt przygotował nam mroczną ścieżkę dźwiękową do osobliwego śnienia, niewytłumaczalnych urojeń czy innych odmiennych stanów świadomości podsycanych uczuciem lęku, strachu i niepokoju neurotycznej duszy. Muzyka ta jest bardzo eklektyczna i nieoczywista. Zespół posługuje się szeroką paletą brzmień i motywów. Z jednej strony mamy wyraźne inspiracje hipnotycznym trip hopem, mroczną odmianą muzyki syntezatorowej oraz zimnym ambientem. Z drugiej pojawiają się motywy jazzowe i neoklasyczne, a także gothic folkowe i post rockowe. A gdzieś między nimi usłyszeć można dodatkowo elementy z gatunku industrial i dark electronic. Łatwo można sobie wyobrazić, że z połączenia tak wielu różnych brzmień z przedrostkiem dark powstać może jedynie muzyka o mrocznym zabarwieniu. No i faktycznie tak jest. To dzieło ponure, liryczne i melancholijne, emanujące rozgoryczeniem i aurą wspominanej tajemniczości. >>REVIEW<<

 

Laura Secord :: Ending Friendships (01.11.2019)

Alternatywny rockowy kwartet z Islandii jest dość nietypowy, bo posiada międzynarodowy skład. Ale to nie wszystko, bo zespół wyróżnia się także swoją muzyką na tle innych indie rockowych kapel. Ich muzyka jest naturalna, nie paraduje w „puszystej i bogatej” produkcji, którą cechują się współczesne wydawnictwa. To nie lada gratka dla wszystkich złaknionych prawdziwego i wiarygodnego alternatywnego rocka. Muzycy serwują nam masę gitarowych dysonansów, jazgotliwych riffów, zgrzytliwych przesterów, perkusyjnych wybuchów, nagłych zmian tempa i nastroju podszytego niemalże punkową zadziornością. Ale równocześnie, wprost nie do wiary, jak umiejętnie muzycy wplatają w całość tych przykurzonych dźwięków piękne i melancholijne fragmenty post rockowe oraz post beatles’owskie melodie. Psychodelia miesza się tutaj z noisową nieprzewidywalnością, a ta z delikatnym rozmarzeniem, urokliwym lirycznym klimatem i przyjemną melodyką. Rezultat jest naprawdę frapujący. >>REVIEW<<

 

Sin Fang :: Sad Party (08.11.2019)

Muzyk umiejętnie balansuje pomiędzy melancholią, a rozmarzeniem i ciepłymi wspomnieniami. Przez jego nową płytę prowadzą nas łagodnie linie melodyczne, migotliwe i zwiewne motywy bujnej indietroniki oraz surrealistyczny i rozmarzony nastrój. Dodajmy do tego jeszcze miękki i ciepły głos wokalisty. Artysta pokazuje jak bardzo pojemna może być szufladka z napisem indie pop. Jak dużo tam można włożyć i to przeróżnych rzeczy, a równocześnie nie doprowadzić do chaosu i rozgardiaszu. Faktycznie kiedy otwieramy szufladę „Sad Party” zauważamy to całe bogactwo dźwiękowe, mnogość inspiracji i wpływów. Z tym, że poszczególne elementy układają się tutaj w harmonijne mandale, które hipnotyzują swoimi wzorami i teksturami. Nie mieści mi się w głowie, że odpowiada za to jeden człowiek. Za koncepcję tego oryginalnego stylu i jego wykonanie. Potwierdza to wysoką klasę tego kompozytora, wokalisty i multiinstrumentalisty. >>REVIEW<<