Niewiele zespołów na współczesnej scenie hardcore potrafi tak mocno przyciągnąć moją uwagę jak islandzki In The Company Of Men.

Grupa istnieje już niemal 6 lat, na swoim koncie ma kilka nieoficjalnych EPek oraz jeden oficjalny mini album „ITCOM” z 2013 roku (recenzja tutaj).

Pod koniec 2016 roku, dokładnie 23 grudnia pojawiło się drugie wydawnictwo In The Company Of Men, tym razem jest to longplay zatytułowany „Krabbinn”.

Materiał na ten krążek został zarejestrowany i zmiksowany przez Ásmundura Jóhannsona w Stúdíó Paradís. Zaś jego mastering wykonał Curver Thoroddsen. Panowie ci wykazali się nie lata talentem i umiejętnościami w produkcji albumu. W efekcie otrzymujemy muzykę o brzmieniu żywym, klarownym, energetycznym, mocnym i odpowiednio ciężkim. Jest moc, ale nie ma nadprodukcji, która zabija współczesne zespoły.

Dwa albumy In The Company Of Men dzieli aż 3 lata, ale mimo tego na najnowszej płycie nie zdecydowanie ma mowy o zmęczeniu materiału. Przeciwnie, forma zespołu ciągle rośnie. Muszę przyznać, że uwielbiam kapele myślące i grające w sposób nietuzinkowy, nawet szalony, ale jednocześnie mających faktyczny pomysł na swoją twórczość. A najnowsze wydawnictwo Islandczyków to właśnie taka dzika i nieprzewidywalna mikstura muzyczna. Kręgosłup muzyki In The Company Of Men stanowi hardcore, ale obudowuje go wiele  innych elementów m.in. z gatunku grindcore, mathcore, metalcore i thrash/death metal.

0004409240_10

Krabbinn” to album bardo zróżnicowany i wielowymiarowy. W pewnym sensie rozbrajający nietuzinkowymi pomysłami i swoją dojrzałością. Dlatego nie ma sensu analizować i rozbierać na części składowe poszczególne numery. Dość powiedzieć, że mamy tutaj breakdowny, szalone metalowe gonitwy, death/thrash metalowe wstawki, hard rockowy feeling, grindcore’ową kakofonię, punkowy sznyt, matematyczne riffy i połamane zmiany tempa, perkusyjne kanonady, masę histerycznych i wściekłych screamów niezbyt często uzupełnianych czystymi wokalami, a przede wszystkim spore pokłady emocji, idące w parze z osobliwymi zagrywkami o niezwykle przejmującej atmosferze.

Zespół w takiej zmienności i huśtawce motywów i inspiracji odnalazł pomysł na własny styl. Muzycy punktują u mnie nie tylko stylistyczną elastycznością, ale również umiejętnym inkorporowaniem poszczególnych elementów na potrzeby ubarwienia utworów oraz nadania im przestrzeni. Islandczycy nie grają „byle do przodu”. Fakt przykładają uwagę do metalowego walca, ale dbają również o klimat, a niekiedy nawet o ciekawą acz nie natarczywą melodię. W tym szaleństwie zdecydowanie jest metoda.

In The Company Of Men  to islandzcy królowie ekstremalnego rock’n’rolla. Jedenaście kawałków (plus intro) wypełniających płytę „Krabbinn” to sam konkret. Nie ma tutaj żadnych zapychaczy, żadnego ściemniania i zwodzenia. Wszystko zagrane jest bez spinania się. Słychać i czuć, że muzycy robią to, co lubią. Zadziwiająca jest lekkość i swoboda, z jaką Islandzcy hardcore’owcy sypią kolejnymi tematami.

Jeśli szukacie furii i sporej dawki gitarowego czadu z pomysłem to muzyka In The Company Of Men jest dla was. „Krabbinn” to pozycja obowiązkowa dla każdego fana cięższego brzmieniowo, zmetalizowanego hardcore’a. Tego trzeba posłuchać!

 

a0859168155_10

 

In The Company Of Men :: Krabbinn

1. Tíminn er kominn 00:30
2. Spegilmynd Sjálfs Síns 03:51
3. Nothing Left 03:53
4. Skepnuveldi 03:43
5. Flesh Made Mind 02:56
6. Dry Water 02:34
7. CWC 03:50
8. Loud Mouths 04:23
9. Destroy 06:11
10. Fading 03:41
11. Krabbinn 04:21
12. The Champion of Mediocrity 07:35

 

In The Company Of Men : facebook / bandcamp

In The Company Of Men :: Krabbinn (recenzja)
4.5Wynik ogólny
Ocena czytelników 1 Głosuj